środa, 26 sierpnia 2009

Koniec...

Nie, nie koniec bloga. Raczej jego początek. Ponowny. Przez ostatnie kilka miesięcy bardzo go zaniedbałam, ale to wszystko z powodu wyjazdu na Szafarnie. I nie, nie z powodu braku czasu. Po prostu było mi go szkoda na klepania na kompie. Tak więc wszelkie zapiski postanowiłam zostawić na powrót do Olsztyna. I tak też się stało. Jestem w domu... Ciesze się? Trochę tak. W końcu mogę się wyspać, nie muszę wstawać o 8.30. Nie muszę stać w największy upał na lonży powtarzając magiczne słowo "hop, hop, hop" po którego rytmicznej wymowie ludzie uczą się anglezować. Nie muszę jeść o wyznaczonych godzinach, bo lodówka jest dla mnie otwarta;). No i mam już wyprane wszystkie ubrania:) Ale jednak tylko trochę się cieszę... Nie ukrywam, brakuje mi tego wszystkiego. Tych wieczorów na tarasie, porannych i poobiednich kaw (od niedzieli nie piłam kawy :O), rozpisywania koni, krzyczenia na zastęp "dołącz" i wielu wielu innych rzeczy... Pełno zdjęć mam. Zastanawiałam się bardzo długo które wybrać, jak je przedstawić, co pominąć, czego więcej... Nadal nie wiem... wrzucam na oślep i byle co i byle ile...

Chyba nie jestem wstanie zliczyć ile godzin spędziłam na ujeżdżalni bądź w terenie... Czasem miałam wrażenie, po 5 godzinie w siodle, że już nie posiadam pośladków;p






Jedno jest tylko pewne, że nie zamieniła bym tego na nic... Tak samo jak bym nie zamieniła tych godzin spędzonych z moimi cudownymi przyjaciółmi... Tak wielu ich tam jest, choć czasem potrafiło dojść do zgrzytów. Ale czego można się spodziewać, spędzając z sobą 24 godziny na dobę?














Jednak i tak najwięcej było tych dobrych chwil, radosnych, wywołujących uśmiech i ewentualnie łzy szczęścia. I chyba takich chwil i tych cudownych popołudni nad jeziorem, wspólnie spędzonego czasu, żartów, śmiechów i wygłupów przy ognisku będzie mi najbardziej brakować...












No i koni... O nich nie mogę zapomnieć... Bo przecież, bez nich by tego wszystkiego nie było...






Podsumowując te całe dwa miesiące, stwierdzam, że zdjęcia nie oddają nawet 1/1000 tych emocji i przeżyć jakie mi towarzyszyły. W większości były to dobre chwile. Wręcz cudowne... Niestety zdarzyły się też te złe, jak śmierć Kapri, która zdechła najprawdopodobniej na kolkę. Oraz kradzież w domku przez pana sąsiada... Ale to nieważne... To już minęło. Teraz rozpoczynam kolejny etap... Ale to jeszcze nie teraz o tym...

1 komentarz: