piątek, 25 września 2009

The Beatles:)

I tak o to 20 września zamieszkała z nami mała kruszynka rasy Beagle:)


Sunia na dzień dzisiejszy ma 2 miesiące i 3 dni:) Razem z Karolem nazwaliśmy ją Beatles (Bitels, Beti, Biti, Betsi) choć i tak najczęściej mówimy na nią Potworek;p Już tłumacze: Beatles jest rasy Beagle, jak już wcześniej wspominałam, więc Biti to energiczny, wesoły i zawsze chętny do zabawy, pies. Często niesforny i nie posłuszny. Na karcenie tonem głosu reaguje obszczekiwaniem i wyciem, czyli jak to mówię "dyskutuje zawzięcie";p Mimo to jest bardzo urocza i inteligentna! Jak na razie ani razu nie narobiła w domu, gdy chce do toalety staje pod drzwiami i "nawołuje" po beaglowemu i na wołanie przybiega do nas:)




Ulubione zajęcia małej? Gryzienie Karolowych dłoni, wyrywanie Monixowych włosów...





... i spanie;p



Niech was nie zmyli ta słodka minka i uroczy wygląd kruszynki;) to tylko pozory bo to diabełek wcielony;p

czwartek, 17 września 2009

No więc zaczynam:)

Spakowana, pożegnana, gotowa do drogi. Jutro o 06.15 ruszam i zaczynam moje nowe życie. Jak będzie? A jak ma być?! Najlepiej:D Trzymajcie za mnie kciuki:)

Zegnaj Olsztyn. Do zobaczenia za jakiś czas;)



wtorek, 15 września 2009

Przyjaźń.

Ciągle jestem w stadium pakowania. I tak szczerze, nie wiem ile mi to zajmie. Ciągle coś przepakowuje, stwierdzam, że to jednak się nie przyda, że może coś innego wezmę. I To trwa już chyba wieki. Przynajmniej takie mam wrażenie. Mimo to takie pakowanie ma swoje plusy. Daje możliwość by dużo analizować swoje dotychczasowe życie, i przeprowadzić kilka przemyśleń i wyciągnąć wnioski. Jedną z takich analiz niewątpliwie jest moja przyjaźń z Marą. Pamiętam jak dziś, dzień w którym się wyprowadziła. Nasze ostatnie wyjście na fajkę. To jak siedziałyśmy obok Tortexu, rozmawiałyśmy. To jak ciężko było wstać, a rozstanie przeciągałyśmy prawie do całkowitego zmierzchu. Zachowanie twardych min ("przecież z Gdańska do Olsztyna jest niedaleko, będziemy się spotykać") i pierwsze łzy po wykonaniu paru kroków... Każda w swoje życie... I pamiętam pierwsze słowa jakie wypowiedziałam do mamy po wejściu do domu... "Po 3 latach stwierdzam, że każdy dzień był z Nią związany. Teraz jest nic...". Minął już ponad rok od tego wszystkiego. Od tej, jak myślałam, największej zmiany w moim życiu... I teraz wiem, że to był dopiero początek tych wielkich zmian. Czy się ciesze, z tego jak wszystko się potoczyło? Z jednej strony tak. Miałam okazje stwierdzić, czego naprawdę potrzebuje, czego naprawdę chcę. Utwierdzić się w przekonaniu, że przyjaźń z Marą nie była marnowaniem czasu i przetrwa wiele prób. Odnaleźć prawdziwy swój cel. Ale z drugiej strony wyjazd Mary był dla mnie odcięciem od dotychczasowego życia, które naprawdę lubiłam. Pożegnaniem, nie tylko z przyjaciółką, ale z tym co było. Zamknięciem drzwi na kłódkę, wywaleniem kluczyka do oceanu i rozpoczęciem nowego życia. I szczerze, nie miałam pojęcia i chyba nadal nie mam, jak to nowe życie ma wyglądać. Jedyne co wiem, to że zmieniłam studia, wyprowadzam się do swojego chłopaka i... Co będzie dalej?

mały skrót wspomnień z Marą...









PS: Tęsknie za Tobą Pipo:)

niedziela, 13 września 2009

Duma:)

Nie wspominałam o moich planach i zamiarach na najbliższe dni, ale właśnie w czwartek wyjechałam na Szafarnie. Dziś wróciłam. Powód wyjazdu? Zawody w Głęboczku. Co by nie było, ja nie startowałam. Dla wyjaśnienia: z sportu wycofałam się już na samym początku "kariery". Nie ważny jest powód. Tzn dla mnie był on ważny, dla innych nie koniecznie. Zwłaszcza, że mój koń (prezent urodzinowy, spełnienie marzeń z dzieciństwa:) ) jest naprawdę zdolnym koniem o predyspozycjach skokowych, co udowodnił właśnie w ten weekend. Ale o tym zaraz.

Tak więc spędziłam 4 cudowne dni w Szafarni z czego 3 wieczory przepiłam i naprawdę zszokowały mnie ilości jakie pochłonęłam. Doprawdy, jako osoba raczej drobnej budowy nie myślałam, że dorównam Grzesiowi, który jest czterokrotnie większy ode mnie;p

Ale nie tylko piłam;p Byłam też na zawodach w Głęboczku na których startowały dwie cudowne istotki, dwa powody do mojej dumy. Po pierwsze Iks, mój koń, najcudowniejszy najwspanialszy! Po drugie Aga, zwana Grzybkiem, moja podopieczna, pierwsza wytrenowana, w pewnym stopniu prze zemnie a w pewnym przez Waldka, zawodniczka startująca na zawodach. Nie ukrywam, że popłakałam się z wzruszenia po zakończonych przejazdach. Że ścisk żołądka był tak silny, że nawet ukochane kanapki z smalcem nie mogłam przełknąć. A stres wywoływał we mnie drgania nóg. Ale to nie ważne:) Ważne jest to, że im się udało i że jestem z nich dumna!

Zdjęcia sponsoruje Magda mojego brata;)

Wypakowywanie;)


Dumna Pani i jej rumak:)




Skaczący Grzyb i Iks:)